30 sierpnia 2013
8 godzin
Praca.
Praca.
Praca.
Praca to miejsce, w którym osiem godzin dziennie spędza człowiek. Ba, może nawet i więcej. Zimą w pracy spędzamy cały słoneczny czas. Wstajemy rano i ciemność. Dochodzimy do pracy i jasność. Wychodzimy z pracy i znów ciemność. Nie ma to jak zima. Wiosna i jesienią jest trochę łatwiej, bardziej energetycznie. A latem to już w ogóle. Latem urlopowo, gorąco i tak....lekko.
Praca to miejsce, gdzie duzi z dużymi rozmawiają. Gdzie współpracują. Gdzie się uczą od siebie i siebie, bo reakcje na różne sytuacje czasem Nas samych zaskakują.
Ale praca to też miejsce szczególne. Niby nic, a jednak coś. Długie i kręte korytarze przemierzają cuda niestworzone. A to plotki, a to romanse, a to pod po czole kapiący. Wszystko tu znaleźć można, wszystkim tym oddychać i wszystko to dotknąć, poczuć, posmakować.
Tak. Właśnie tak. Przyszedł czas wyznać prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. I ja TO robię w pracy!!
TO nie zaczęło się od początku mojej "kariery" ani nigdy też TEGO nie planowałam. Stało się spontanicznie, pod wpływem chwili i przy obecności jego. Najpierw tego a później wszystkich innych. Rzadko wracam do tego samego. Przynajmniej w pracy. W domu jestem jednak bardziej stała, no i w domu jest Małż.
Nie pamiętam kontekstu...nie pamiętam sytuacji...nie pamiętam skąd on się wziął, ważne że był w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie a ja...ja miałam ochotę właśnie na niego.
Pierwszy mój raz był nerwowy. Bałam się strasznie, że mimo iż drzwi zamknięte i jestem sama to ktoś wejdzie...ktoś zauważy. Każdy szmer z korytarza, każdy potencjalny dźwięk telefonu i każdy potencjalny zbyt głośny oddech spinał mnie na maksa. Za każdym razem.
Nigdy nie "wpadłam". Nikt nigdy nie zobaczył, chociaż raz było blisko. Zdradził mnie intensywny zapach, za intensywny. Prawie zdradziło, bo jakoś udało si.ę sprawę zatuszować, zmieść pod dywan. I mogłam robić TO dalej, oby nie za często.
Dziś znów to zrobiłam. Wszystko jak zawsze. Wszystko po cichu. Tylko on był zupełnie inny. A właściwie dziś to nie był on....
....dziś to była ona....
Nie potrafiłam nad nią zapanować. Nie potrafiłam jej okiełznać. Dzika, szalona, bo nowa i niedoświadczona przeze mnie.
Zostawiła ślady Naszej wspólnej zborni wszędzie. Dosłownie. Na nodze mojej, na biurku, na swetrze. Wszędzie dosłownie wszędzie. Jedne mniejsze, inne ledwo dostrzegalne...ale ja wiedziałam. Ja czułam i nawet drobne kropki rzucały mi się w oczy.
Muszę się przyznać więc...żeby każdy wiedział, czuł i się wystrzegał....
...tak, tak, tak...i mi się zdarzy MALOWAĆ PAZNOKCIE w pracy!!
Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Przepraszam. Dziś zrobiłam to po raz ostatni. I inną techniką...a technika była na plasterek co to się go przykleja.
A efekt tego taki...
Przepraszam, już więcej nie będę!
you might also like these posts
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)