9 grudnia 2013

Mistrzyni ciętej riposty




Tyle wiemy o sobie, ile Nas sprawdzono. Tyle wiemy o naszych dzieciach, ile nam chcą pokazać. Taka oto życiowa prawda przyświeca mi od soboty.

Sobota zaczęła się od kaszlu. Małego kaszlu i lejącej się wody z nosa. Szybka rejestracja u lekarza i o 12 mieliśmy wizytę. Trzeba było ubrać siebie, ubrać dziecia zapakować się do auta i pojechać. No to się zapakowaliśmy wszyscy i pojechaliśmy. Na podróż dla Małej zawsze musi być woda i coś do przekąszenia. Tym razem to były "Wesołe literki". 

Jedziemy, jedziemy, jedziemy. Mała zagryza literki, zagryza. Nagle zapada cisza. Nie słychać nawet gryzienia. Patrze na nią, a ona na literki patrzy. Potem spogląda na mnie totalnie zniesmaczona.

Mała: Mamo nie będę jeść.
Ja zdziwiona: Czemu, nie smakuje Ci?
Mała: Nie, gówniane te litelki.

No to mnie wcięło.

A później, później wracać po wizycie trzeba było. Literki choć gówniane wróciły do łask, ale tylko po to, żeby rozdawać je na około, bo do małej buzi zdecydowanie nie trafiały. Były pod fotelikiem, w kieszeni fotela przedniego, pod matki tyłkiem, gdzieś we włosach i na podłodze. Aż w końcu Mała wymyśliła lepszy sposób na pozbycie się gównianych literek.

Mała: Tato, tato chces litelkę?
Małż wyciąga rękę: No daj.
Mała kładąc mu literki na rękę: Prosę.

Małż zaczyna jeść gówniane litelki, a Mała mruczy pod nosem: Tak, tak jedz. Jedz, jedz. Dobly piesek.

Hmmm...psa w domu nie mamy. U dziadków jednych też nie ma. U drugich jest ale rzadko go widzi, podejrzewam więc zbawienny wpływ dziecięcych zabaw w przedszkolu.
 
Aż strach się bać co będzie dalej. Tyle wiemy w końcu o sowim dzieciu ile nam pokaże....no to może być kino bambino;)