Mamunia właśnie wymyśliła, że ma ogromną ochotę na placki ziemniaczane. A że pora obiadowa nastała jak wymyśliła tak zrobiła.
Ziemniory obrane były i mama wzięła się za ich tarcie. Metoda tradycyjną z nadzieją, że uda jej się choć odrobinę mięśnie w nadgarstku wyrobić. W końcu od czegoś trzeba zacząć i mama stwierdziła, że od nadgarstka będzie w sam raz. Budując rzeczy małe dochodzi się do naprawdę wielkich.
Tarcie ziemniorów uskuteczniane było na kanapie.Co by wygoda dla kregosłupa była i ten się nie zbuntował za bardzo.
I nagle do tego tarcia wkracza Mała. Najpierw obchodzi i ogląda. Obserwuje. Po czym znienacka wkłada swój mały paluszek w ziemniory i oblizuje go. O zgrozo. Sio, sio i mama trze dalej. No to Mała znowu swoje podchody i chęć oblizywania ziemniaczanych paznokci. No to mama znowu sio sio, bo każdy wie że surowe ziemniory skutkują wymiotami i gorączka a mama po dzisiejszej nocy zdecydowanie nie chciała pakować się w takie lewe interesy.
Co na to Mała? Niewiele myśląc po flamaster pobiegła. Zielony, bo to nadziei kolor, i tatuaż na reku mamy uskuteczniła.
Było tak....(proszę nie zwracać uwagi na zrozpaczone mamuni skarpetki fioletowe)
A jest tak....
I z tego wszystkiego mama się popłakała...trąc cebulę.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Tatuaż bardzo wyjściowy :D
OdpowiedzUsuńBardzo wyjsciowy:) powiedzmy,ze do wieksosci moich ubran pasuje;)
OdpowiedzUsuń