Mamy drugi grudnia. Mamy początek dnia a ja już mam dzień na nie.
Czuje się jak jądra byka w napiętek skórze. W sumie to nie wiem jak się takie jądra czuć mogą ale ja się czuje, jakbym za chwilę miała wybuchnąć. Wybuchnąć tym na "nie" co we mnie siedzi.
Tak, tak. Ja dziś jestem na nie. Dziś nie uśmiechniecie się ze mną. Dziś możecie ze mną napiąć się jak owe bycze jądra, możecie się trochę podkurzyć tu i ówdzie i możecie również pomyśleć sobie "Wariatka". Tak, możecie.
Od czego zacząć dzień na nie? Ano od wstania. Wstania przed budzikiem! I wcale a wcale nie znaczy to, że matka się wyspała. Znaczy to jedynie, że na głowę upadła w nocy, bo ją Małżon z łóżka zrucił. Upadła, uderzyła się i masz babo klopsa. A czemu to takie dziwne? Budzi na porę barbarzyńską ustawiony. 5:30 to żaden szczyt marzeń,. żaden haj lajf. To pora kiedy ciemno jak w dupie a Tobie nie chce się nawet ruszyć palcem, u stopy. Noe nie tylko u stopy. W ogóle palcem. No więc wyobraźcie sobie, że ja z własnej nie przymuszonej (niby!) woli obudziłam się o 5:20. Dziecko śpi, Małżon śpi a ja się budzę. Ciemność widzę, godzinę na zegarku widzę i zmuszam się żeby oczy zamknąć i przysnąć choćby na chwilę.
Do tego wszystkiego, tak żeby pełnię życia poczuć wstaje z nosem zapchanym i nie do od kitowania. Z głową bolącą i gardłem, które od głowy gorsze być nie może i o sobie przypomina. Taka wesoła ferajna, która sprawia, że wiesz że żyjesz.
Nic to, myślę sobie i do łazienki idę. Nic to, myślę sobie i myję co trzeba. Nic to, myślę sobie i ubieram się.
Naciągam na nogi zakolanówki w celu rozgrzania nóg. Na zakolanówki naciągam, sobie legginsy z super eco skóry. Tunika, długi sweter i voila. Malu, malu. Szybkie ogarnięcie się do końca i pęd żeby ogarnąć małą. Założenie na dziś: spódnica dla małej. Ubieram ją więc w rajstopki spokojnie, na to cienkie spodenki a spódnica ląduje w torebce z rzeczami podręcznymi.
Wychodzimy do samochodu. Małż niesie małą na rękach. Awantura numer jedne konik upadł. Trzeba się więc wrócić po konika. Awantura numer dwa konik podniesiony ale na końcówce drogi dziecku się rękawiczek zachciało. A ich nie było. Wsiadamy więc do samochodu, gdzie awantura numer trzy, ze coś tam coś tam. Łeb mi pęka. Po drodze również obie zakolanówki postanowiły elegancko się ześlizgnąć. Obwarzanki dwa poswtały a nogi zmarzły. Cholera jasna by to wzięła.
Oczywiście po drodze jakaś kłótnia z Małżonem zdarzyć się musi, bo bez tego nie ma życia. No ale przechodzę nad tym do porządku dziennego.
Dojeżdżamy na miejsce. Parkujemy się tak, że wyjazd nie możliwym będzie ale nic to. Małż zaparkował, Małż będzie kombinował. Wysiadamy z Małą. Idziemy do przedszkola, po drodze spotykając moją koleżankę, której przekazuje torę podręczną, żeby nie tachać jej ze sobą. W sensie proszę ją ładnie o zabranie torby ze sobą.
Ok, torba zabrana. Idziemy dalej. W połowie drogi Małą zaczyna rozpaczać. Płacz okrutny "Mamo, moja spódnicka". Matka, czyli ja przypomina sobie, że spódniczka w torbie podręcznej więc abarot z powrotem w pogoni za koleżanką mą. Dobiegłyśmy do budynku mojej pracy. Dochodzimy do torby a tam? Spódniczki brak. Nie ma. No nie ma jej i już. Mała w ryk, ja staram się łagodzić sytuację. Idziemy szukać w samochodzie. Ale i tam ciemność i pustka. Mała w jeszcze większy ryk. W końcu udaje mi się ją przekonać, że kupimy nową. Udajemy się do przedszkola.
Po drodze kajam się matka ja okrutna i o wybaczenie proszę, że bezczelnie spódniczkę zgubiłam. Mała wybacza wspaniałomyślnie i zgadza się na nową spódniczkę. Dzięki bogu w przedszkolu miała skarpetki, więc mogłam ją w spodniach zostawić.
Mała zostaje w przedszkolu. Matka do pracy wraca. Rozbiera się i......kurtka się zacięła. Cholera jedna. Zacięła się i już. Gorąc nie miłosierny, siódme tłuszcze się wytapiają a ja w kurtce. Szarpię się i szarpię, aż w końcu wyrywam jej z gardła zamczanego kawałek materiału. Uratowana. Rozbieram się z zamiarem wypicia gorącej herbaty. Idę ja z czajnikiem w ręku i obwarzankami z zakolanówek na nogach do kuchni. Wody brak. Idę do drugiej kuchni a tam nie ten kod. I piszczy i piszczy i piszczy. Wbijam drugi raz i znów ni hu hu. Ratuje mnie koleżanka, ta od torby podręcznej.
Wracam do pokoju z pełnym czajnikiem, nadzieją na herbatę i obwarzankami przy nogach.
Mamy 8:32. Wszystko to stało się w ciągu 3 godzin zaledwie. W ciągu trzech godzin ,mam bilans ujemny: katar cieknący strumieniami, zgubioną spódnicę, obwarzanki pod kolanami aktualnie, smochód nie do wyjechania i wypity gripex. Nikogo więc nie powinno dziwić, że dzień mam na nie i napięta jestem jak te bycze jądra. Módlcie się, żebym przeżyła ten dzień i ten atak pecha okrutnego.
Co jeszcze może się dziś stać? Strach się bać!
PS. Patrzcie na tego obwarzana no?! Tradżedi. A są one DWA!!
2 grudnia 2013
Matki dzień na nie!
Etykiety:
be mother,
ciężkość materii życiowej,
codzienność,
matka polka i sen,
na nie,
szaleństwo,
telenowela,
wydarzenia traumatyczne
you might also like these posts
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)