Mała
przeżywa okres fascynacji bajkami. Oczywiście bajkami z księżniczkami w roli
głównej. Marzy o długich sukniach, cudownych mocach, pięknych pałacach czy też
ślicznych księciach. Takie już prawa dzieciństwa (szkoda, że nie dorosłości),
że bajki fascynują a ogromna wyobraźnia i dziecięcy optymizm nie znają słowa „niemożliwe”.
Piękne jest pod tym względem dzieciństwo, a nawet najpiękniejsze.
Także
weekendy to najczęściej babskie popołudnia. Ja, Mała, do tego galaretka, jabłko
albo raz na jakiś czas bita śmietana i oglądamy. Oglądamy na ekranie te
wszystkie piękne księżniczki i książąt. Na tapecie ostatnio jest ”Piękna i bestia”,
„Kopciuszek”, „Merida Waleczna” czy też „Śpiąca królewna”. I na tą ostatnią
padło w ostatni weekend.
Oglądamy
sobie tą śpiącą, oglądamy. Wersja z 1937 roku, z tym polskim dubbingiem o charakterystycznych
brzmieniach. Cudo. I dochodzimy do momentu, w którym wielki finał następuje.
Przyjeżdża książę na białym koniu, zakochany do granic możliwości i całuje to
blade lico. Całuje pocałunkiem pierwszej miłości. A wtedy ona oczy otwiera,
przeciąga się i do życia wraca. Pięknie, pięknie. I wtedy Mała komentarz
odpowiedni dodaje…
Mała:
Mamo pats, śpiąca klólewna zazyła!
Także
drodzy moi, to nie miłość. Obalamy romantyczne szity. Ona po prostu zażyła;)